Kamień milowy
obalałem monarchie i niszczyłem demokracje
przez okno wypatrywałem obłoków zwiastujących
paliłem liście na stosie zapomnienia wśród ciemnej pustyni jesiennego wiatru
myślałem o wodzie i krwi strasząc małe koty na zimnym podwórku
chodziłem z rękami w kieszeni kupując gdzieś na targu fotel drzemiący w objęciach szafy
teraźniejszość pożerałem pamięcią
doceniałem deszcz, który oczyszczał mnie i dawał nadzieję
oddychałem czasem by kiełznać, wykradałem godziny naszym babciom
skwierczałem w trawie jak niedopałek
tylko po to by być w miejscu , do którego zmierzałem
nie potrafię zburzyć twierdzy, w której kroki mają sens
i ma swoje oblicze
(nie chcę !)
a Pan mój podał mi kubek z kefirem
wyszorował mnie gąbką i mydłem
zaprowadził pod prysznic
zabronił myśleć o kolejnym potopie i watę przyłożył do rany po goleniu
kazał napisać czemu mi było źle
i zabronił alkoholu
zimową pościel będę układał starannie
dopóki okręt białych świtów nie porwie jej
będę ostatnim, który nie uśmiecha się do poranionych pejzaży
zawisnę w strumieniu ciszy i opowiadał będę inne historie
z czerwonym niebem w tle na miękkim piasku gdzieś nad morzem
śmiertelni palić będą ostatnie papierosy
a ja będę zmierzał do miejsca, w który jestem !
